O filmie
Diuna (1984) to trzeci długometrażowy film Lyncha, a jednocześnie pierwszy na tak olbrzymią skalę. Ekranizacja epickiego działa Franka Herberta zajęła mu trzy lata, wymagała pracy z setkami statystów, kilkoma ekipami filmowymi, wielomiesięcznymi zdjęciami aktorskimi i ekipami od efektów specjalnych. Lynch nie lubi mówić o tym filmie i nietrudno go zrozumieć. Nigdy nie był zadowolony z ostatecznej wersji filmu, producenci wciąż mu mówili co i jak ma wyglądać i nie pozwalali mu podążać za własnymi interpretacjami książki. Kilka lat później jedna z telewizji przemontowała wersję Lyncha (w formacie TV 4:3) dodając część scen, które zostały usunięte z wersji kinowej i zmieniając początek filmu. Po zażądaniu przez Lyncha usunięcia nazwiska z czołówki, zastąpiono je nazwiskami Judas Booth i Alan Smithee. Obie wersje filmu są obecnie dostępne na DVD (w Polsce oficjalnie tylko wersja Lyncha).
Treść
Jest teraz rok: 10191. Całym znanym wszechświatem rządzi Imperator Shaddam IV. W tych czasach najcenniejszą substancją we wszechświecie jest przyprawa zwana, melanżem, którą wydobywać można tylko na jednej, jedynej planecie we wszechświecie - Arrakis, zwanej również Diuną. Książę Leto Atreides, wraz z żoną Lady Jessicą i synem Paulem udają się na tę piaszczystą planetę. Wkrótce jednak Baron Harkonnen dokonuje zamachu na ród Atrydów, ale młodemu Paulowi wraz z matką udaje się zbiec. Docierają do rdzennych mieszkańców planety, Fremenów, którzy czekają na przepowiedzianego mesjasza, który uwolni ich spod tyrani ciemiężycieli...
David powiedział...
Zadzwonił do mojego domu Dino De Laurentiis. Dino oświadczył: ?Chcę, żebyś przeczytał Diunę". Wydawało mi się, że powiedział: ?June " - rozumiesz - więc zapytałem: ?June?" ?Nie, Diunę", wyjaśnił. Na wieść o tym jeden z moich przyjaciół powiedział: ?Człowieku! To wspaniała książka science fiction", a ja odpowiedziałem: ?Wiem, tak słyszałem". I zacząłem ją czytać.
Przeprowadziłem wiele rozmów z autorem, Frankiem Herbertem, zastanawiając się nad każdą linijką książki. Wgłębiając się w nią, można odkryć tak wiele rzeczy, które zdają się sobie zaprzeczać. Wiele z nich jest dezorientujących. Sporo tu dziwnych informacji, technologii i mitologii. I wiesz, w końcu zastanawiamy się - gdzie tu jest fabuła? Im bardziej się w to wgłębiasz, tym trudniej jest ją uchwycić. Byłem już jednak bardzo zaangażowany, gdy zacząłem żywić te obawy. Naprawdę poważnie zbzikowałem na punkcie tego filmu.
Najtrudniej było pozostać wiernym całości. Nie mogłem zbytnio zredukować powieści, żeby nie zagubił się sens historii. Jest ona bardzo gęsta od zdarzeń i kolejnych poziomów ich interpretacji. Dlatego zasadą, jaką posłużyłem się, kształtując scenariusz, było wyczucie. Pozwoliłem, żeby dzieło samo do mnie przemówiło. Pewne elementy książki nadawały sens Diunie, i te wstawiłem do scenariusza; pasowały także do filmu. Posługiwałem się tą metodą, żeby rozwiązać każdy problem.
Ponieważ byłem zmuszony do zrobienia filmu o metrażu dwóch godzin i siedemnastu minut - w tamtych czasach była to maksymalna dopuszczalna długość - cała fura pomysłów musiała wypaść. Reszta filmu powędrowała pod walec, który wszystko sprasował. Zamiast sceny zostawała w filmie jedna kwestia dialogu, a sam tekst przeobraził się w głos z offu.
Już wcześniej sporo głosów z offu miało się znaleźć w filmie, ale dodano jeszcze jakieś czterdzieści procent, żeby - kawa na ławę - wyłożyć rzeczy, których - jak sądzono - ludzie nie zrozumieją.
Mieliśmy cztery ekipy filmujące, pracujące to tu, to tam, i jeździło się z jednego planu na drugi, i robiło to albo sio. Błędne koło! Zdjęcia z aktorami trwały sześć miesięcy! A potem następne sześć miesięcy zajęło nam filmowanie modeli, miniatur i efektów specjalnych. Codziennie, każdego dnia bez wyjątku - żyć tym, rozmawiać o tym, pracować nad tym. Nigdy ucieczki. Nigdy ucieczki. Zmasowany atak.
Niczego nie doprowadziłem do takiego punktu, żebym mógł uznać ten film za naprawdę mój. Miałem poczucie, że Dino i Rafaella czegoś chcieli, a poza tym była książka Franka Herberta, której starałem się być wierny. Więc już z tych powodów krępowały mnie pewne więzy. A trudno jest się z czegoś takiego uwolnić. Naprawdę nie czułem, żebym miał prawo do całkowitego zawładnięcia tym filmem. I to było moim upadkiem. Na tym polegał problem. Diuna przypominała film zrealizowany w systemie studyjnym. Nie miałem prawa do ostatecznej wersji. I, krok po kroku, nieświadomie godziłem się na kompromisy - wiedząc, że nie mogę pójść tu, i jednocześnie nie chcąc pójść tam. Po prostu wpadłem, wiesz, w ten zagubiony gdzieś pośrodku świat. Smutno jest znaleźć się w takim miejscu.
Wysłuchiwanie tego, co ludzie mówili na mój temat po Diunie, mogło kompletnie zniszczyć moją pewność siebie i dobre samopoczucie, a przecież trzeba być szczęśliwym, żeby móc pracować. Ja byłem prawie martwy. Prawie martwy!
